Bieganie dla absolutnie nieruchliwych

Bieganie dla absolutnie nieruchliwych

Zaiste, nietrudno zarazić się myślą „a może by tak zacząć biegać?”. Argumentów „za” jest bez liku, podobnie jak porad dla początkujących oraz biegaczy już do pewnego stopnia zaawansowanych. Sprzyja temu dość powszechny widok truchtających osób i atakujące zewsząd relacje o endorfinach towarzyszących ponoć tym zasapanym, spoconym ludziom. Czasem niebagatelną rolę odgrywają ambicje i założone z góry cele: przebiec 3 km, 10 km, półmaraton, wreszcie maraton i powiedzieć sobie: tak, ja tego dokonałem.

Rzecz nie jest jednak taka prosta – zwłaszcza w wypadku ludzi zapracowanych, spędzających większość dnia na siedząco, a po pracy zbyt zmęczonych, by jeszcze dawać z siebie wszystko na treningu. Bodaj najtrudniejszą przeszkodą do pokonania jest zmiana nawyków i wyrobienie sobie nowego: trening np. co drugi dzień, bez względu na pogodę i porę roku. Więcej artykułów o bieganiu znajdziesz na adamed.expert.

Przygotowania, czyli zakupy

Czasem zaczyna się od wycieczki do sklepu sportowego i zakupów: koszulki termoaktywne, dresy, specjalny zegarek, no i oczywiście obuwie do biegania. A skoro już to wszystko mamy, to może też słuchawki sportowe, żeby nam się nie nudziło podczas pokonywania metrów, kilometrów i samych siebie. Może jeszcze czapeczka, kurtka na zimę, spodenki na lato…

Potem trzeba się zmusić, żeby włożyć to na siebie i wyjść z domu. Tu z reguły zaczyna się problem, bo trzeba znaleźć na to czas. Dobrze byłoby przed pracą, ale to oznacza skrócenie snu. Po pracy? Człowiek jest zmęczony i mu się nie chce. No to może wieczorem, po poobiednim wypoczynku? Też dobry pomysł, ale już ciemno, a jesienią i zimą zimno.

Gdy nadejdzie wiekopomna chwila

Jeśli już uda się ustalić jakąś porę, nie ma odwrotu. Marsz, jakaś rozgrzewka i biegniemy. Ciężko jest, bo to pierwszy raz, ale następnym razem będzie lepiej. I z reguły jest, ale tylko tak długo, jak nie przytrafi się kontuzja, o którą nietrudno, jeśli popełni się jakiś błąd podczas rozgrzewki, biegu lub ćwiczeń wykonywanych po nim.

Potem jest ortopeda, czasem też fizjoterapeuta, rekonwalescencja i obiecywanie sobie powrotu do treningów, gdy już przestanie boleć. Czyli za jakieś pół roku. Do tego czasu można w poczuciu pełnego usprawiedliwienia poleniuchować. I zmienić zdanie o bieganiu. W końcu rower też jest dla ludzi i też bardzo zdrowy, więc pora na zakup „górala” i przygotowania do nowego rozdziału sportowych zmagań. Przynajmniej dopóki łańcuch nie spadnie albo dętki diabli nie wezmą 10 km od domu. No bo po jednym takim spacerku połączonym z prowadzeniem uszkodzonego roweru może człowiekowi przejść ochota do jeżdżenia.

Wtedy zawsze zostaną spacery. W niedzielę, po ciasto do cukierni.

[Głosów:1    Średnia:5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *